Jedyny sport dla dorosłych?

Poniższy cytat pochodzi z "Dublera" Roberta A. Heinleina, a ja przeważnie odpowiadam twierdząco na tytułowe pytanie, z wyjątkiem momentów, gdy sobie uświadamiam, że – logicznie i konsekwentnie – wynika z tego, że jeszcze nie jestem dorosły. Zresztą… może i racja?

– Dak! Co nowego?
– Niewiele. Próbowałem wyremontować ,,Toma" i jednocześnie pomagać Rogowi w pracy politycznej. Organizacja kampanii przyprawi go o wrzody żołądka – usiadł. – Polityka!
– Hmmm… – Dak, jak w ogóle się w to wkopałeś? Szczerze mówiąc, uważałem wojażerów za osoby równie apolityczne jak aktorów. Zwłaszcza ciebie.
– Są apolityczni i nie są. Na ogół jest im szczerze obojętne, która grupa sprawuje władzę, dopóki mogą targać przez niebiosa swój złom. Ale w tym celu musisz mieć ładunek, a żeby zdobyć ładunek, potrzebny jest handel. Zyskowny handel to handel otwarty, kiedy każdy statek może lecieć wszędzie, gdzie chce, bez nonsensownych ceł i restrykcji. Wolność! I proszę, już siedzisz po uszy w polityce. Jeśli chodzi o mnie, włączyłem się w politykę, żeby pogłosować trochę za zasadą ,,ciągłej podróży", żeby nie płacić dwa razy cła przy potrójnej wymianie. I, oczywiście, trafiłem do pana B. Jedna sprawa prowadziła do drugiej, i oto tu jestem, od sześciu lat jako szyper jego jachtu i reprezentant moich braci z gildii od czasu ostatnich wyborów powszechnych – westchnął. – Sam nie wiem, jak to się naprawdę stało.
– I pewnie bardzo ci się spieszy, żeby się stąd uwolnić. Weźmiesz udział w powtórnych wyborach?
Wytrzeszczył oczy.
– Hę? Bracie, nie znasz życia, jeśli nie byłeś politykiem!
– Ale mówiłeś…?
– Wiem, co mówiłem. Polityka jest brutalna, nieraz brudna, prawie zawsze oznacza ciężką robotę i nudne szczegóły, ale to jedyny sport dla dorosłych. Wszystkie inne sporty nadają się tylko dla dzieci. Dokładnie wszystkie – wstał. – No, muszę spadać.

Cytat z thrillera

Żyję w czasach, gdy większość kobiet wydaje się mieć nasrane we łbie. No dobrze, mogę się mylić, moja statystyka opiera się na niereprezentatywnej próbce tych, które postanawiają ze mną porozmawiać przez internet. Poza tym, dziś jestem wściekły z powodu jednej z nich. Odczuwam czystą, nieuzasadnioną racjonalnie zawiść, która mnie swędzi jak ukąszenie meszki i którą po prostu muszę przeczekać. Postanowiłem wrzucić tutaj kawałek literatury, tak dla odreagowania.

Do przyjazdu pociągu z Londynu i… Mary pozostało mi jeszcze dwadzieścia minut. Mary to dla mnie wszystko. Byłem z nią żonaty zaledwie od dwóch miesięcy, ale wiedziałem, że tak będzie do końca moich dni. Jest dla mnie wszystkim. Każdy mężczyzna z łatwością używa takich słów, które są tanie i zwykle nie mają większego znaczenia. Jednak nie w wypadku Mary – trzeba ją najpierw zobaczyć, by uwierzyć, że to prawda. Jest drobną śliczną blondynką o zdumiewająco zielonych oczach. Lecz nie to stanowi o jej wyjątkowości – wieczorem w Londynie, kiedy jest największy ruch, bez trudu można spotkać przynajmniej kilka drobnych ślicznych blondynek na wyciągnięcie ręki. Nie chodzi też o otaczającą ją zaraźliwą atmosferę szczęścia, której każdy ulega, ani o jej nieodparcie  wesołe usposobienie, czy radość życia rzucającą się w oczy jak u kolibra. W niej jest coś więcej. Coś szczególnego w twarzy, oczach i głosie, we wszystkim, co mówi i robi. Właśnie to sprawia ,że jako jedyna znana mi osoba nie ma wrogów ani wśród kobiet, ani wśród mężczyzn. Tylko jedno słowo może opisać tę szczególną cechę, choć jest staroświeckie i często używane w ujemnym znaczeniu – dobroć. Mary sama nie znosi tak zwanych dobrych ludzi i nazywa ich świętoszkami, ale jej własna dobroć otacza ją w wyczuwalny sposób niczym pole magnetyczne, przyciągając do niej więcej nieudaczników, rozbitków życiowych, poszkodowanych na ciele i umyśle, niż w sumie kilkanaście osób może spotkać w ciągu całego życia. Jednakowo lgnie do niej staruszek, który dożywa swych dni, drzemiąc na parkowej ławce w bladych promieniach jesiennego słońca, i ptak ze złamanym skrzydłem. Złamane skrzydła to jej specjalność i dopiero teraz zacząłem sobie uświadamiać, że po każdym złamanym skrzydle, jakie leczyła, zjawiało się następne, którym poza nią nikt w świecie nie wiedział. Ten idealny obraz dopełnia jedna wada, nadająca Mary cechy ludzkie – wybuchowy charakter, co przejawia się w najbardziej widowiskowy sposób z akompaniamentem odpowiednio szokującego języka, ale tylko wówczas, gdy widzi ptaka ze złamanym skrzydłem… albo osobę, która ponosi za to odpowiedzialność. Jest moją żoną, a ja wciąż nie przestaję się dziwić, dlaczego za mnie wyszła. Mogła przecież poślubić tylu innych, a wybrała właśnie mnie. Pewnie dlatego, że przypomniałem jej ptaka ze złamanym skrzydłem. Gąsienica czołgu, która strzaskała mi nogę w błocie pod Caen, i ten pocisk gazowy, co tak mi opalił całą połowę  twarzy, że Adonis by się do niej nie przyznał – chirurgia plastyczna okazała się bezsilna, a  moje lewe oko z trudem rozróżnia dzień i noc – wszystko to uczyniło mnie ptakiem ze złamanym skrzydłem.

Przyjechał pociąg i zobaczyłem ją, jak wyskakuje z przedziału około dwudziestu metrów ode mnie, a za nią jakiegoś tęgiego faceta w średnim wieku, w meloniku i z parasolem, dźwigającego jej walizki – wypisz wymaluj wielkomiejski kapitalista, który gnębi ubogich i eksmituje wdowy i sieroty. Nigdy przedtem go nie widziałem i byłem pewien, że Mary go nie znała. Ona po prostu zniewalała otoczenie – ludzie, po których najmniej można się tego spodziewać, wprost bili się o to, żeby jej pomóc, a ten kapitalista wyglądał na takiego, co umie walczyć.

Nadbiegła po peronie i wpadła na mnie z takim impetem, że ledwo utrzymałem się na nogach. Powitaniom nie było końca, a choć wciąż jeszcze nie mogłem się pogodzić ze zdziwionymi spojrzeniami współpasażerów, to jednak powoli zaczynałem się do nich przyzwyczajać. Ostatni raz widziałem ją tego samego dnia rano, a witała się ze mną jak z dawno utraconym kochankiem, który wraca do domu po długoletnim pobycie na pustkowiach Australii. Akurat stawiałem Mary na ziemi, kiedy nadszedł kapitalista, rzucił walizki, promiennie uśmiechnął się do mojej żony, uchylając kapelusza, i ruszył dalej. Odchodząc tanecznym krokiem, wciąż z promiennym uśmiechem zapatrzony w Mary, spadł z peronu. Kiedy wstał i zaczął się otrzepywać, w dalszym ciągu promieniał. Ponownie uchylił kapelusza i znikł.

Tak, to thriller. Konkretnie: "Szatański wirus" Alistaira MacLeana. Znam ten fragment niemal na pamięć od paru lat… jest bezkonkurencyjny.