Notatka Płókarza o edukacji

Moje nazwisko nie jest łatwe w zapisie, zwłaszcza gdy trzeba je komuś przedyktować. Dlatego sekwencję “Paweł, Łucja, Ósemka, Karol, Anna, Roman, Zygmunt”. mam wdrukowaną w pamięć, wyrecytuję ją jednym tchem zawsze, także pijany i podczas orgazmu. Wprawy nabrałem jeszcze na początku poprzedniej dekady, gdy moim hobby było seryjne wygrywanie konkursów radiowych – z czym wiązała się potrzeba podania przez telefon danych personalnych zwycięzcy. Młodsi czytelnicy mogą tego nie pamiętać: były takie czasy, gdy w konkursach radiowych nie chodziło o zarobienie na płatnych SMS-ach – ba! nie było nawet komórek! – przy pomocy pytania “co to jest: po stawie pływa, kaczka się nazywa?”, tylko o nagrodzenie wiedzy, inteligencji i refleksu słuchaczy. Teraz, o ile mi wiadomo, nie trzeba nawet znać imienia Mickiewicza, wystarczy podać hasło dnia w rodzaju “RFN FM, ch*j wielki jak szelki”.)

Ale, do ciężkiej cholery, deklinacja nazwiska “Płókarz” jest banalna: Płókarza, Płókarzowi, Płókarza, Płókarzem, Płókarzu, Płókarzu!

Pierwszy raz wściekłem się parę lat temu, na eliminacjach do pewnego polsatowskiego teleturnieju, gdy jakaś panienka wywołała z poczekalni “drużynę Tomasza Płókarz”. Zacząłem (bardzo) głośno myśleć, czy ta pani myśli o prezesie swoje stacji jako o Solorzu (identyczna deklinacja), czy też nazywa go Zygmuntem Solorz – i w ogóle jak to możliwe, że dorosła osoba ma aż tak niskie poczucie własnej sprawności językowej, by bać się odmieniać nieskomplikowane, choć słyszane pierwszy raz, słowa.

Tymczasem, w miarę postempów edukacji, epidemia nieodmiennych nazwisk objęła już znaczną część społeczeństwa. Pytania typu “Halo, czy mogłabym rozmawiać z panem Łuczak” są już na porządku dziennym. Większość z nas słyszała też o.m.c. mgr. Prezia-Ochlaptusa i jego bełkotliwe “(…)Ludwiku Dorn i Sabo, nie idźcie tą drogą!”.

Pozostaje tylko czekać, aż szajka oszalałych uzurpatorów z Rady Języka Polskiego uzna to za dopuszczalny wariant, potem za normę – i wreszcie gdzieś w Polsce pojawią się pierwsze takie tabliczki:

 

plpilsudski

Sarzało miażdzy

Od początku aktualnej odsłony “wojny futbolowej” zwróciłem uwagę na teksty Jacka Sarzało, którego opinie niemal zawsze były zgodne z tym, co sam myślę o sprawie. Ale nie dlatego chcę o Nim wspomnieć.

Dziennikarzy generalnie nie lubię, a redakcji w której p. Sarzało pracuje, nie lubię jeszcze bardziej. Moje antypatie nie zmieniają jednak prostego faktu: agorowy portal Sport.pl jest najlepszą witryną sportową w polskim internecie, więc większość informacji o sporcie czerpię właśnie z niego.

Przed chwilą w kanale RSS z aktualnościami sport.pl natknąłem się na taką oto zajawkę:

Kiełbasa wyborcza PZPN

Już w czwartek polska rodzina futbolowa wybierze sobie nowego ojca chrzestnego. Kandydatów ma czterech, co jeden to lepszy.

Dwa proste zdania. Cudownie zwięzłe. Cudownie dowcipne. Zawierające wszystko, co istotne na temat tego wydarzenia. Domyśliłem się, kto ten tekst napisał – Jacek Sarzało właśnie – i trochę mi się żal zrobiło klikając na odnośnik do całego artykułu, że właściwie po takim wstępie nie muszę czytać dalej, a Autor tracił czas pisząc kolejne zdania. Bo te dwa zacytowane wcześniej zupełnie wyczerpują temat  – i treść, i komentarz.

Cały artykuł – niżej. A blog red. Sarzały – tam.

 

PS. Co do odmiany nazwiska redaktora Jacka S. – pisząc tę notkę zmuszałem się, by utrzymać za Sport.pl nieodmienność – a i tak w końcu moje wyczucie jezykowe wypłynęło na wierzch.